Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KSIĄŻKI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KSIĄŻKI. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 lipca 2018

"Blask fantastyczny" Terry Pratchett

               Lubię czytać klasykę, powieści traktujące o obyczajowości społeczeństw, ich historii. Często są to dzieła skomplikowane, dające do myślenia. Jednak istnieją również książki, po które sięgam jako po „przerywniki” pomiędzy bardziej ambitnymi pozycjami, które mają jeden cel – mają mnie odprężyć. Szukam wtedy lektury lekkiej, acz ciekawej i – co najważniejsze – zabawnej. Jakiś czas temu za namową Mojego K. odkryłam, że do tego opisu idealnie pasuje seria „Świat Dysku” Pratchett'a.
                   „Blask Fantastyczny" jest kontynuacją „Koloru magii”, w którym poznałam tchórzliwego i niezbyt rozgarniętego na pierwszy rzut maga Rincewinda, Dwukwiata - zafascynowanego nowościami pierwszego na świecie turystę, o którym Rincewind myślał: „Dwukwiat nie tylko patrzy na świat przez różowe okulary… postrzega go też różowym mózgiem i słyszy różowymi uszami” oraz należący do Dwukwiata podróżny Bagaż vel Kufer, który przejawia więcej różnorakich cech, niż można by się spodziewać po czymś wykonanym z drewna. Ich przygody w „Kolorze magii” zakończyły się niezbyt dobrze. Bohaterowie wylatują poza krawędź świata prosto w przepastny kosmos. Nie zdążą się jednak dobrze rozejrzeć po nowej, zgubnej rzeczywistości, gdyż za sprawą magii zostają ponownie wciągnięci na dysk. Bynajmniej nie oznacza to, że są bezpieczniejsi. Zaczęłam utwierdzać się w przekonaniu, że na całej płaskiej planecie nie ma jednego bezpiecznego miejsca… Zwłaszcza, że nadciąga nowe zagrożenie. Jeśli nie da się namówić wielkiego żółwia A’Tuina (który na swym grzbiecie dźwiga dysk świata płynąc przez bezmiar wszechświata) do zmiany kierunku - a jest bardziej niż pewnym, że się nie da - magiczny świat ulegnie zagładzie.
Niech problematykę powieści streści niniejszy dialog:
"- To gwiazda, przyjacielu. Nie zauważyliście jej na niebie?
- Trudno nie zauważyć.
- Podobno zderzy się z nami w Noc Strzeżenia Wiedźm. Morza się zagotują, krainy Dysku pękną, królowie runą w proch, a miasta będą niczym jeziora szkła. Uciekam w góry.
- Czy to pomoże? - powątpiewał Rincewind.
- Nie, ale stamtąd będzie lepszy widok."

poniedziałek, 14 maja 2018

"Samotny dom" Agatha Christie

             Nie często zaczytuję się w książkowych seriach, ale cykl z Herkulesem Poirot jest moim ulubionym. Kilka pierwszych części już za mną, a jako że mi się podobały, tym chętniej zabrałam się za lekturę „Samotnego Domu”. I może nie był to kryminał na miarę zaskakującego „Zabójstwa Rogera Ackroyda”, to jednak czytało się to z przyjemnością.


Kryminały Christie charakteryzują się swojego rodzaju kameralnością. Zazwyczaj jedno miejsce, ograniczone grono osób (choć w tym wypadku osób wstępnie podejrzanych z każdą chwila przybywało), mniej lub bardziej skomplikowana zbrodnia. Tak było i tym razem. Zdawać by się mogło, że całość jest grubymi nićmi szyta i oczywista, że niektóre wątki są dość pobieżne i ledwie zaakcentowane, a rozwiązanie zagadki będzie dość proste. Jednak koniec końców zagadka nie okazała się taka prosta, jak wydawało mi się na pierwszy rzut oka. Christie znowu wywiodła mnie w pole. 

niedziela, 26 listopada 2017

"Zagadka Błękitnego Ekspresu" Agatha Christie

               Mały Belg czyli wielki detektyw znowu w akcji. Herkules Poirot prowadzi kolejne śledztwo w sprawie morderstwa, a ja po raz czwarty zostałam wchłonięta przez świat Agathy Christie i Poirota. Cykl o niezrównanym detektywie czytam w chronologicznej kolejności ich powstawania. Trzy wcześniejsze powieści były co najmniej zajmujące, a ich zakończenia zaskakiwały. Czy i tym razem dałam się zaskoczyć?


poniedziałek, 20 listopada 2017

"Zabójstwo Rogera Ackroyda" Agatha Christie

              "Zabójstwo Rogera Ackroyda" to trzecia powieść z cyklu o Herkulesie Poirot autorstwa Agathy Christie. Dwie poprzednie, "Tajemnicza historia w Styles"  i "Morderstwo na polu golfowym" miały ciekawe, nieoczekiwane zakończenie, ale to w "Zabójstwie Rogera Ackroyda" zbija z tropu! Byłam chyba nawet nico zła (a na pewno oszołomiona) na Agathę, że tym razem właśnie w taki sposób postanowiła wyprowadzić mnie w pole. Zabieg przez nią zastosowany jest przełomowy i genialny w swej prostocie:)


niedziela, 15 października 2017

Trylogia Sienkiewicza - "Ogniem i mieczem", "Potop" i "Pan Wołodyjowski"

              Kiedy nieco ponad rok temu przeprowadziłam się do Francji, stwierdziłam, że pora przeczytać trylogię Sienkiewicza. Tak trochę jak Ci emigranci na obczyźnie, dla których pisane były owe trzy powieści, dla pokrzepienia serc. Lubię czytać, czytam sporo, również powieści historycznych, ale trylogii - wstyd się przyznać - nie przeczytałam. Nawet w szkole. Na szczęście nadrobiłam to, co wyszło mi na dobre, gdyż wszystkie trzy powieści są warte poświęcenia im i czasu, i uwagi, i serca:)


czwartek, 10 sierpnia 2017

"Morderstwo na polu golfowym" Agata Christie

             Agatha Christie, jak i stworzona przez nią postać detektywa Herculesa Poirot, to klasyka sama w sobie, temu nie można zaprzeczyć, a przygodę z twórczością "królowej kryminału" oraz z jednym z najbardziej znanych detektywów już zaczęłam jakiś czas temu powieścią "Tajemnicza historia w Styles". Teraz pora przyszła na pozycję napisaną w 1923 roku, będącą trzecią powieścią detektywistyczną w dorobku pisarki, a drugą z udziałem Poirota.

            Detektyw z Belgii, Hercules Poirot, dostaje tajemniczy telegram, w którym milioner, Paul Renauld, prosi go o przybycie do swojej posiadłości. Kiedy detektyw dociera do domu bogacza, okazuje się, że nadawca telegramu już nie żyje. Poirot, swoim zwyczajem, powoli zaczyna wszystko analizować, łączyć fakty, gdy zupełnie niespodziewanie dochodzi do drugiego morderstwa. Tradycyjnie poszlak jest wiele, jak i podejrzanych, a dowodów brak, natomiast detektywów... dwóch! Poirotowi tym bardziej zależy na rozwiązaniu zagadki, gdyż rywalizuje z francuskim detektywem Giraudem. Poirotowi przeszkadza jego towarzystwo, gdyż Francuz ciągle wywyższa się i obraża kolegę po fachu. Różnią ich metody zdobywania śladów i ich interpretacja. Kto jest mordercą? Jaki trop przeważy? Jaką rolę odegra żona zmarłego, jego syn i hipotetyczna kochanka? Dlaczego ktoś mógłby zabijać milionera? Jak znany Belg przejdzie od detektywa – psa gończego do detektywa – mistrza logiki?


niedziela, 29 stycznia 2017

"Kolor magii" Terry Pratchett

            Terry Pratchett (właściwie Sir Terry Pratchett), autor niezwykle popularnych książek z gatunku szeroko pojmowanej fantastyki, kojarzony jest przede wszystkim z obszernego cyklu „Świat Dysku”. Łączna liczba jego tomów, nie licząc oczywiście dodatków, przekroczyła 40, ale wszystko zaczęło się w roku 1983 od tej właśnie opowieści - od „Koloru magii”, który zapoczątkował serię powieści o Rincewindzie, ale przede wszystkim wprowadził nas do jednej z najlepszych współczesnych sag fantasy, jak uważają znawcy tego gatunku. Nie jestem fanką fantastyki, ale za namową Mojego K. sięgnęłam po - skądinąd - znanego mi ze słyszenia Pratchetta. Skoro jest tak znany, skoro należy do grona najpoczytniejszych pisarzy XX wieku, musiałam się z nim zapoznać.


W odległym, już trochę zużytym układzie współrzędnych, na płaszczyźnie astralnej, która nigdy nie była szczególnie płaska, skłębiona mgiełka gwiazd rozstępuje się z wolna… Spójrzcie…

sobota, 12 listopada 2016

"Metro 2033/2034/2035" trylogia. Dmitry Glukhovsky

       Ciemność zawsze skrywa tajemnice, ciemność budzi lęk, ciemność tworzy przerażające legendy, ciemność zabija, ale ciemność jest też łaskawa i chroni ludzi przed śmiercią czyhającą na powierzchni ziemi. Nigdy nie byłam fanką tego typu mrocznych, thrillerowatych powieści. Zachęcona jednak przez Mojego K. bardzo pozytywnymi opiniami n.t. tej powieści, postanowiłam sięgnąć po pierwszą część trylogii "Metro" - "Metro 2033". I sama się zadziwiłam. Nigdy nie należy mówić nigdy...

"Nie było w nim nic, tylko pusty ciemny tunel odmierzający każdemu czas, tunel, którym człowiek ma iść na oślep od stacji „Narodziny” do stacji „Śmierć”. Poszukujący wiary próbowali po prostu znaleźć w tym przejeździe boczne tunele. Ale stacje były tylko dwie, i tunel powstał tylko po to, żeby je połączyć, dlatego żadnych odnóg w nim nie było i być nie mogło."

        Atomowa apokalipsa przyszła nieproszona, jak to zwykle ma w zwyczaju. Powierzchnia zamieniła się w radioaktywne piekło, więc kto przeżył, schronił się w głębokich tunelach i stacjach przepięknego moskiewskiego metra. Miejsce to stało się kolebką nowego społeczeństwa zebranego z resztek ocalałych mieszkańców Moskwy. Metro w swych trzewiach pomieściło komunistów, faszystów, rewolucjonistów, ateistów, naukowców, bandytów i wielu innych. Stworzyli oni tam własny świat, stacje-państwa, konfederacje, organizacje handlowe i militarne – słowem: cudaczne odbicie przedatomowej rzeczywistości, które udowadnia, że człowiek jest zwierzęciem politycznym. Z naciskiem na „zwierzęciem”. Czytelnik wędruje z głównym bohaterem przez tunele, poznając metro, jego dramaty i tajemnice. A tych jest bez liku. Kilkadziesiąt lat po nuklearnej wojnie problemów jest więcej niż rozwiązań.

niedziela, 28 sierpnia 2016

"Targowisko próżności" tom 1 i 2. W. M. Thackeray

„Kochani przyjaciele i towarzysze podróży! Pragnę odbyć z wami wędrówkę po targowisku próżności, by obejrzeć jarmarczne szopy i dawne w nich widowiska…”  
Odbyłam tę podróż wraz z Williamem Makepeacem Thackeray. Widziałam XIX-wieczne targowisko próżnych ludzi. Wniosek jeden: niewiele się od tego czasu zmieniło. Może metody, ale nie cel. 


  
          Thackeray w swojej monumentalnej powieści "Vanity Fair" wydanej w 1848 r. postanowił z całą szczerością powiedzieć o problemach angielskiego społeczeństwa. Nie cofa się przed jego bezlitosnym wyśmianiem, a na swoich postaciach nie pozostawia suchej nitki. Jest sarkastyczny, złośliwy, a wobec wszystkich przywar bezwzględny. Jego satyra ma tak dużą moc dzięki bardzo drobiazgowemu i obrazowemu odmalowaniu społeczeństwa XIX-wiecznej Anglii. I jak w każdej porządnej powieści realistycznej, w "Targowisku próżności" doskonale oddano tło społeczne, obyczajowe i historyczne. Autor przedstawia różne grupy społeczne, jednak przede wszystkim przyglądamy się sferom wyższym lub bohaterom, którzy do tych sfer aspirują. Obraz ten bynajmniej nie przedstawia się optymistycznie, mimo pięknych ram, w które został wtłoczony. Próżność, głupota i powierzchowność królują nie tylko na salonach, ale także w niższych warstwach społecznych. Na targowisku próżności powszechne są kult pieniądza, obłuda, nietolerancja i hipokryzja. I chociaż niektóre problemy zupełnie się już zdezaktualizowały, to powieść ukazuje jedną prostą prawdę - czasy się może zmieniają, ale ludzie wciąż są tacy sami. A ludzie i ich czyny, a właściwie skutki ich czynów, są w tej powieści najważniejsze.

niedziela, 26 czerwca 2016

"Blaszany bębenek" Günter Grass

               Günter Grass. Noblista. "Blaszany bębenek". Jedna z jego najważniejszych powieści. Przez wielu uważana za trudną, a przynajmniej skomplikowaną. Postanowiłam zmierzyć się z nią i ja. Byłam pozytywnie zaskoczona.            

            Urodzony w Gdańsku, a raczej w Wolnym Mieście Gdańsk (choć po prawdzie było to bardziej Danzig niż Gdańsk), Günter Grass wrócił pamięcią do czasów dzieciństwa i stworzył arcydzieło przedstawiające losy mieszkańca tego wyjątkowego miasta, czyli Oskara - chłopca, który mając trzy lata stwierdził, że nie chce już rosnąć, a jego nieodłącznym atrybutem stał się tytułowy instrument. Ma on przez około dwadzieścia lat swojego życia wzrost trzyletniego chłopca, natomiast rozum od dnia narodzin - starego filozofa.             
            Widzimy świat oczami tego "Piotrusia Pana", ale jest to świat wyjątkowy. Oscar nierzadko widzi to, co go otacza, ostrzej niż niejeden dorosły. Na walory "Blaszanego bębenka" składa się masa smakowitych wątków, czasem wesołych, czasem skłaniających do zadumy, a czasem surrealistycznych. Należą do nich: sprawdzanie, w czym może pomóc noszenie na sobie wielu spódnic, jak można skutecznie skrywać przed mężem romans, do czego wykorzystać własny głos, historia rodzącego się w mieście nazizmu, czy odkrywanie, do czego mogą służyć zarówno kościelne rzeźby jak i oranżadka w proszku. To wszystko sprawia, że powieść czyta się jednym tchem.
           Biografia Oskara podzielona jest na trzy części - przedwojenną, okres II wojny światowej i rzeczywistość tuż po wojnie. Grassowi należy oddać jedno. W opisie działań wojennych udało mu się ukazać sprawę obiektywnie. A zatem możemy dowiedzieć się, jak bohatersko broniła się gdańska Poczta Polska oraz jakim cierpieniom została poddana niemiecka ludność cywilna, gdy do miasta wkroczyli Rosjanie. Z nazizmu i Hitlera autor ironizuje, a odznaka NSDAP, mająca znaczny wpływ na bieg wydarzeń, stanowi symbol tego, jak autor podchodzi do III Rzeszy traktując ją jako głównego winowajcę zniszczenia dziecięcych marzeń i dziecięcego świata.
            Słodko-gorzki smak ma ta książka. Dająca do myślenia. Historia opowiedziana z perspektywy wiecznego dziecka, które z jednej strony jest dziecięco omnipotentne, z drugiej - widzi wprost bez fałszywych konwenansów o streotypów świat dorosłych. Ironia i sarkazm wzbudza uśmiech, ale pozostawia gorycz prawdy. To krzywe zwierciadło jest wyjątkowo oskarżycielskie, wyjątkowo wierne, przeglądając się w nim widzimy własne wady, uprzedzenia.
            Grass opisuje nie tylko wojenne dzieje Gdańska, stosunki polsko-kaszubsko-niemieckie i historię życia wymyślonego Oskara, który komunikuje się ze światem za pomocą blaszanej zabawki. Autor dzieli się z nami swoją wizją ludzkiej egzystencji, robi to z perspektywy dziecka, które widzi i słyszy wszystko, bo nikt przed małym brzdącem nie ścisza głosu;  przecież „i tak nic nie rozumie”. Motyw dziecka jest bardzo ważny w całej powieści. Każdy z nas chciałby nim pozostać, wrócić do beztroskiego czasu zabawek, wpełznąć pod babciną spódnicę, wejść do szafy, grać na bębenku i śmiać się, że nikt na około nie rozumie tego, co właśnie komunikujemy.
               Myślę, że „Blaszany bębenek” może budzić zachwyt albo niechęć, mnie zachwycił.
Historia nie jest prosta, książka wymaga skupienia, uważam, że nie wszystkim przypadnie do gustu. Powieść łączy w sobie realizm z surrealizmem, ciekawa narracja prowadzona na przemian w pierwsze i trzeciej osobie. Moim zadaniem talentu Grassowi odmówić nie można, pomysł na powieść świetny, kreacja (nie)zwykłych postaci świetna. Nie mam wątpliwości, że jest to dzieło, jeśli nie wybitne, to bardzo ważne dla świadomości społecznej i wiedzy historycznej, która utrwala się w pamięci po tej lekturze.

Polecają

sobota, 9 kwietnia 2016

"Sen nocy letniej" William Szekspir

              Po Szekspira sięga się rzadko. Przeciętny czytelnik woli przebrnąć przez opasłą powieść, niż pomyśleć, iż można by ot tak, bez przymusu, przeczytać jedno z dzieł tego wybitnego dramaturga. Do niedawna i ja byłam takim przeciętnym czytelnikiem. Ostatnio styczność z Szekspirem miałam w liceum. Nie wiem, co mną kierowało, że postanowiłam sięgnąć po jedno z jego dzieł. Ale nie żałuję. Przyjemna odmiana po latach czytania powieści, choćby nawet najlepszych. I to odmiana nie tylko pod względem gatunku literackiego, ale i treści.

                  Głównym wątkiem są miłosne perypetie bohaterów zarówno ze świata rzeczywistego, jak i ze świata elfów. Jest zatem miłość targana przeciwieństwami charakterów, trawiona przez zazdrość, a przy tym na tyle dojrzała, żeby przetrwać to wszystko jak ta, która łączy Oberona i Tytanię; jest i miłość młodzieńcza, romantyczna, pełna idealizmu, jeszcze nie wystawiona na żadną próbę czasu między Hermią i Lizandrem; jest zaborcza miłość Demetriusza, która tak wiernie portretuje egoizm zakochanych; i wreszcie - uczucie Heleny boleśnie odrzucanej i ignorowanej. A wszystko to zanurzone w magii letniej nocy, gdzie harcują duszki i elfy, niewłaściwie rzucają czary, by doprowadzić czytelnika do szczęśliwego zakończenia będącego tu jak najbardziej na miejscu.
                 Bezsprzecznie najbardziej z całej książki oczarował mnie świat elfów, leśnych duszków i czarów. Wyobraźcie sobie ciepłą, letnią noc, tajemnicze leśne ścieżki, orszak elfów, psotne śmiechy zza drzew i otaczającą was magię, którą czujecie całym sobą wszędzie wokół. Jestem kupiona, oczarowana i zachwycona. O ile za fantastyką nie przepadam, o tyle w szekspirowskim, XVI-wiecznym marzycielskim wydaniu bardzo mi ona przypadła do gustu.
           Wątkiem, który szczególnie bawi i rozśmiesza, jak na komedię przystało, jest historia ateńskich rzemieślników, którzy postanowili wystawić sztukę z okazji zaślubin Tezeusza z Hipolitą. Porywając się z motyką na słońce, postanowili podarować swojemu królowi sztukę sceniczną "Piram i Tyzbe". Nieudolnie, ale z wielkim zapałem, które to połączenie wywołuje salwy śmiechu, przedstawili Tezeuszowi historię nieszczęśliwej miłości dwojga kochanków. Tego nie da się opisać, to trzeba przeczytać!
                Szekspir nie byłby sobą, gdyby nawet w magicznej opowieści o elfach i czarach, nie zawarł konkretnych uczuć czy momentów goryczy. Z dużą sympatią i współczuciem spojrzałam na Podszewkę - jego przebudzenie, po nocy z królową Elfów, musiało być okrutne. Oberon wzbudza we mnie dużą niechęć. Nie sądzę, by zrozumiał, że poniżenie Tytanii, było w rzeczywistości jego poniżeniem. Ironią jest, że królowa, pod wpływem czarów, czuła i przeżyła więcej niż Oberon. Wreszcie czworokąt bohaterów: Hermia, Helena, Lizander i Demetriusz - to znakomite przykłady niewłaściwego lokowania uczuć. Dobrze, że się nie pozabijali! Oprócz wybornej rozrywki, Szekspir dostarcza refleksji na temat konfliktu między miłością a rozsądkiem, miłością a poczuciem obowiązku, a także konfliktu między wyobraźnią a rzeczywistością - branie pozorów za rzeczywistość, będące wynikiem nie tylko wybujałej wyobraźni, ale także nadmiernego zaufania rozsądkowi, prowadzi do nieporozumień, a nawet do nieszczęść.
              Sztuka Szekspira jest bardzo dobrze napisana, spodobało mi się przedstawienie akcji jako pomieszanie marzeń sennych z rzeczywistością (patrząc z perspektywy bohaterów), która, jak na końcu mówi Puk, cała może być owym marzeniem czy szałem nocy świętojańskiej.
               Mimo upływającego czasu, w końcu są to teksty XVI-wieczne, nie tracą one na aktualności, gdyż prawdy w nich zawarte mają charakter uniwersalny. Autor pokazuje, jak zawiłe są relacje międzyludzkie i jak trudna może być miłość, jak bardzo wszystko jest w niej skomplikowane.
                 Z chęcią sięgnę po kolejne utwory tego autora, a "Sen nocy letniej" polecam również jako początek drogi z Szekspirem, gdyż po pierwsze jest to dość krótka sztuka, po drugie - jest komedią, po trzecie - stanowi dobry wstęp do trudniejszych jego dzieł. Szekspir nigdy nie będzie złym wyborem. To literatura z wyższej półki, po którą od czasu do czasu warto sięgnąć, chociażby po to, by się nią delektować i czytając tańczyć w rytm nadawany przez autora. Z niniejszym tytułem nie jest inaczej. To dobra odskocznia od beletrystyki którą jesteśmy zalani na co dzień. "Sen nocy letniej" to tytuł jak najbardziej wart polecenia.

Polecają 

piątek, 22 stycznia 2016

"Tessa d'Urberville" Thomas Hardy

               Jedna z tych książek, po których przeczytaniu czytelnik (a właściwie czytelniczka) powinien poczuć się szczęśliwy, że żyje w XXI wieku. Wiele kobiet marzy o przeniesieniu się do wiktoriańskiej Anglii i przeżyciu miłości rodem z "Dumy i uprzedzenia" czy "Dziwnych losów Jane Eyre". Czy ktoś jednak chciałby przeżyć historię Tessy d'Urberville?

            Ubogi pan Durbeyfield dowiaduje się, że jego rodzina wywodzi się z rycerskiego rodu d'Urbervillów. Postanawia więc skorzystać z okazji i nawiązać znajomości z rzekomymi krewniakami, rodziną, która po dojściu do majątku, przybrała to nazwisko. Jego córka Tessa rozpoczyna pracę u pani d'Urberville i staje się obiektem zainteresowania swojego rzekomego kuzyna, Aleca. Wszyscy liczą na małżeństwo tych dwojga. Alec ma jednak inne zamiary. Kiedy Tessa opiera mu się, ten ją gwałci. Zhańbiona bohaterka powraca do rodzinnego domu, gdzie rodzi nieślubne dziecko, które wkrótce umiera. Po dwóch latach od tragedii Tessa próbuje na nowo ułożyć swoje życie. Wyjeżdża do Talbothays, gdzie najmuje się do pracy dójki na farmie mlecznej. W miejscu, w którym nikt nie wie o jej „grzechu”, spotyka mężczyznę, w którym zakochuje się z wzajemnością, jednak przeszłość ciągle ją ściga i uniemożliwia zaznania prawdziwego szczęścia. Duchy przeszłości wracają pod najgorszą postacią, a przeznaczenie nie daje się oszukać. 

Tessa może denerwować swoją rolą męczennicy i dość bierną postawą wobec nieszczęść. Możliwe, że zostałaby w moich oczach taką dobrą, uczciwą dziewczyną, postacią bardzo jednostronną, którą Hardy skonstruował w ten sposób, aby uwydatnić ogrom i niesprawiedliwość spadających na nią nieszczęść. Wszystko zmienia jednak świetne, tragiczne zakończenie, które nadaje jej charakterowi szczególną rysę. Wtedy jeden, jedyny raz Tessa zbuntuje się przeciwko losowi. I to zakończenie sprawia, że główna bohaterka wydaje się ciekawą kreacją kobiecą. Zresztą żadna postać nie wzbudza specjalnej sympatii. Alec d’Urberville to bohater z gruntu zły i takim pozostanie, nawet jeśli w pewnym momencie rzekomo zmienia się na lepsze. Angel na początku może wydawać się księciem z bajki. Później jednak rozczarowanie nim jest tak wielkie, że pozostaje już tylko niepowstrzymana antypatia i gwałtowna ochota przemówienia mu do rozumu. 

Podtytuł "Historia kobiety czystej" celnie określa tematykę utworu. Książka napisana została w okresie wiktoriańskiej Anglii, gdy miarą człowieka był jego status materialny i społeczny przy zachowaniu pozorów przykładnego życia (co wiemy między innymi od Jane Austen). Thomas Hardy wyłamuje się jednak z tego trendu. "Tessa d'Urberville" jest pochwałą zalet charakteru, czystego serca, gdzie godną szacunku jest szczera postawa życiowa człowieka skierowanego na czynienie dobra oraz pokora. Losy bohaterów naznaczone są fatalizmem i tragizmem. Postaci są tak dokładnie wykreowane i opisane w każdym szczególe oraz niuansie osobowości, iż pozwala to czytelnikowi postawić się w ich sytuacji, jednać się z nimi poprzez odczuwanie empatii. 

W wiktoriańskiej Anglii kobiety takie jak Tessa były potępiane. Choć bohaterka została wykorzystana, to przylepia się jej łatkę rozwiązłej i nieczystej. Wykorzystana kobieta staje się ofiarą ostracyzmu, gdy mężczyzna utrzymujący pozamałżeńskie stosunki jest wolny od jakiejkolwiek krytyki społecznej. Autor doskonale ukazał podwójną moralność stosowaną wobec kobiet i mężczyzn. 
Książka napisana w czasach pruderyjnych, została odrzucona przez pierwszego docelowego wydawcę jako zbyt śmiała obyczajowo. Dzisiaj nie widzimy w powieści nic, co mogłoby nas zadziwić w zachowaniach ludzkich. Ich podłe postępowanie znamy aż zbyt dobrze. Kobieta z nieślubnym dzieckiem zawsze będzie ladacznicą. A przecież mogła, jak Tessa, zostać zgwałcona. Natomiast na "skoki w bok" wiarołomnych mężczyzn przymykało się, i nadal przymyka, oczy. Kobiety mają w sobie więcej siły do wybaczania niż mężczyźni z podkopanym ego (wystarczy spojrzeć na zachowanie Angela po tym, jak dowiedział się o sekrecie Tessy).

Mimo moich pierwotnych obaw czyta się „Tessę” dość dobrze, a losy tej nieszczęśnicy nawet wciągają, mimo że nie ma tu porywającej, toczącej się w szybkim tempie, akcji. Powieść niesie ze sobą wielki ładunek emocjonalny - przygnębienie, złość, nadzieja przeplatają się nieustannie. Chyba najbardziej pamiętamy te książki, które wzbudziły w nas duże emocje: podekscytowanie, zachwyt, radość czy też wzburzenie lub irytację. Warto przeczytać "Tessę d'Urberville" choćby dla tych emocji czy dla odświeżenia sobie spojrzenia na społeczną obyczajowość.

Polecają 

sobota, 9 stycznia 2016

"Sto lat samotności" Gabriel García Márquez

           Ponad 30 milionów sprzedanych egzemplarzy, przekłady na 35 języków, miano jednej z najważniejszych książek XX w. Powieść totalna napisana w 18 miesięcy. Oto ona: "Sto lat samotności" Gabriela Garcii Márqueza. Polecił mi ją Mój K.. A że z jego książkowymi gustami się liczę, to postanowiłam przeczytać. I rzeczywiście, nie bez kozery powieść tę nazywa się arcydziełem.

           Najwybitniejsze dzieło Márqueza można nazwać bardzo specyficzną sagą rodzinną. Opowiada o sześciu albo - biorąc pod uwagę kilkugodzinne życie ostatniego potomka - siedmiu pokoleniach rodu Buendiów. Napisaną z rozmachem historię codziennego życia uwikłanych w kazirodcze związki bohaterów autor miesza z wydarzeniami natury politycznej i odmalowuje na tle iberoamerykańskiej obyczajowości. Z upodobaniem skazuje on czytelnika na zagubienie w zawiłościach genealogicznych w kółko nazywanych tak samo potomków, czego najlepszym przykładem jest 17 synów pułkownika Aureliana Buendii, z których każdy nosi imię Aureliano. Określony już w tytule okres stu lat, obejmujący losy aż 56 osób, opisany jest stosunkowo mało obszernie - zajmuje około 450 stron.
            Márquez przedstawia w swej powieści świat, którego integralną częścią są zjawiska fantastyczne. Dla mieszkańców Macondo - miasteczka, w którym rozgrywa się akcja - całkiem naturalna i uzasadniona jest np. obawa przed urodzeniem dziecka ze świńskim ogonem. Nie budzi ich zdziwienia spotykanie zmarłych czy też lewitacja proboszcza. Zjadanie przez Rebekę garściami ziemi i wapna ze ścian traktują jak nieeleganckie przyzwyczajenie, porównywalne z obgryzaniem paznokci. Pułkownik Aureliano Buendia posiada szósty zmysł, który już w dzieciństwie pozwolił mu przewidzieć, że naczynie z rosołem spadnie ze stołu.
            Magię i tajemnicę bohaterowie Márqueza widzą natomiast w technicznych wynalazkach. Do przywiezionych przez Cyganów magnesu i lupy odnoszą się z nieufnością, podobnie do kolei żelaznej. Nauka jest im obca. Wygłoszoną przez Jose Arcadio Buendię prawdę, że "ziemia jest okrągła jak pomarańcza", uważają za absurd i dowód na szaleństwo starzejącego się ojca rodu. Świat w powieści Márqueza to pogranicze pomiędzy rzeczywistością a halucynacją. Nie sposób odgadnąć, co jest w nim prawdziwe, a co jest tylko iluzją. W jednej ze scen proboszcz wykrzykuje do Aureliana: "Synu mój! Mnie wystarczyłaby pewność, że ty i ja istniejemy w tym momencie!".
           Kreując z takim rozmachem sagę rodzinną, Marquez jednocześnie w mistrzowski sposób ukazał dualizm ówczesnej Ameryki Łacińskiej - gdzie tradycja przenikała się z wkraczającą nowoczesnością, a dynamika przemian politycznych i gospodarczych bezpardonowo zburzyła spokój. Tym samym autor poddał w wątpliwość szaleńczy pęd za postępem cywilizacyjnym, bo jak wynika z losów rodu Buendiów, człowiek nie znajduje w nim ukojenia, a sama machina ewolucyjna nie jest w stanie zatrzymać koła historii. Obok tego, idąc za znamiennym tytułem, Marquez wiele miejsca na swych kartach powieści poświęca zagadnieniu samotności - z lektury jego działa można wysnuć gorzki wniosek, iż przed nią człowiek nie może uciec, a ta może go dopaść nawet wśród ludzi.
           Genialność „Stu lat samotności” polega nie tyle na budowaniu fabuły pełnej napięcia, nie tylko na sięganiu po metafory czy nawiązania do Biblii oraz tradycji starożytnej, apokryficznej, ale na niezwykle subtelnym zestawieniu powieściowego oraz historycznego realizmu. Obok duchów i rozterek życia codziennego bohaterów ważnym wątkiem jest brzemię polityczne, mające swój odpowiednik w historii państwa kolumbijskiego. Tak naprawdę to wojna liberałów z konserwatystami, w którą angażuje się pułkownik Aureliano Buendía, ma największy wpływ na społeczność Macondo, przyczyniając się do jej upadku. Wraz z oddziałami zbrojnymi do osady nieubłaganie dociera cywilizacja, a wraz z nią kolej, nastawione na zysk plantacje bananów i rzesze obcych, niszczące bezpowrotnie pierwotną enklawę Macondo. Przelewana krew wyzwala w ludziach niebezpieczne zachowania, wyzysk plantatorów wywołuje krwawe strajki i migracje. To skala makro, w skali mikro zagładę przyniosą sobie sami Buendiowie, skazani na pokoleniową klątwę samotności i nieumiejętności kochania. Samonapędzające się koło zdrad i związków z niewłaściwym partnerem skazuje bohaterów na życie pełne frustracji, zabobonów i wzajemnej nienawiści. Niby wśród „swoich”, a jednak w samotności.
           W świecie Márqueza nie ma zegarów ani kalendarzy, upływ czasu mierzony jest wydarzeniami. Na co dzień są to narodziny i śmierć lub okresy narzeczeństwa i żałoby ciągnące się latami. Spokojny rytm Macondo narusza jednak brutalne wkroczenie historii. Nastaje okres wojen, rewolucji, polityki, a przede wszystkim żądzy władzy. Z dotychczasowym bezruchem kontrastuje dynamika dalekiego świata. Jest to ciąg równie absurdalnych, co okrutnych czynów ludzi, którzy pod koniec walki wyrzekają się wszystkiego, co było powodem do jej rozpoczęcia lub z goła nie pamiętają, o co im chodziło.
         Márquez jednoznacznie podważa mit postępu cywilizacyjnego - pokazuje, że wynalazki techniczne niczego właściwie nie zmieniają w życiu człowieka. Machina historii i tak kręci się cały czas w kółko, a jednostka nie ma szans na odnalezienie w niej szczęścia.
        „Sto lat samotności” to powieść trudna, warto ją czytać mając przy sobie długopis i kartkę, by nie pogubić się w gąszczu rodzinnych koligacji i błędnym kole powtarzalnych imion. Bohaterowie stworzeni przez Marqueza nie budzą sympatii, jednak w ich portrecie coś urzeka i zastanawia. Co? Ciężko określić. Ważne, że to piękna, bardzo pouczająca opowieść. Stanowi ucztę zarówno dla ducha, jak i zmysłów, bo autor zadbał o to, by obok przesłania nie zabrakło czytelnikowi intelektualnej zabawy - wystarczy zagłębić się w tekst i poddać magii Marqueza. 

Wydana w 1967 r. w Buenos Aires powieść od razu odniosła wielki sukces i po dziś dzień cieszy się niesłabnącą popularnością. W niektórych kręgach zyskała nawet miano książki kultowej. W czasie IV Międzynarodowego Kongresu Języka Hiszpańskiego, który odbył się w kolumbijskiej Cartagenie w marcu 2007 r., została uznana za drugą, po "Don Kichocie", najważniejszą książkę kręgu kulturowego języka hiszpańskiego.

Polecają

sobota, 12 września 2015

"Wielki Gatsby" Francis Scott Fitzgerald

            "Wielki Gatsby" był na mojej liście "do przeczytania" od dawna. Zaczytuję się ostatnio w literaturze klasycznej, a ta powieść niewątpliwie należy do klasyki literatury światowej, została uznana za jedną z najlepszych amerykańskich powieści.

"Musi pan znać Gatsby'ego". 

            Lata dwudzieste XX w., Nowy Jork i jazz. Narratorem powieści jest Nick Carraway, młody chłopak, który po wojnie postanawia zamieszkać w Nowym Jorku, aby zdobyć dobrą pracę i osiągnąć sukces. Tak poznaje Jay'a Gatsby'ego, który okazuje się być jego sąsiadem. Gatsby błyszczy jak diament, urządza niesamowite przyjęcia w swym ogromnym domu, gdzie panuje tylko i wyłącznie przepych. Ale sam pan domu skryty jest za mgłą tajemnicy. Owszem, opowiada Nickowi swoją historię, ale czy jest ona prawdziwa? Czy cokolwiek, co otacza tego mężczyznę, jest prawdziwe? Błyszcząca historia, uderzający do głowy szampan i zniewalający jazz wydają się być senną marą, która skrywa tajemnicę, bolesną tajemnicę, a oczy Gatsby’ego uważnie wypatrują Tej Jednej Jedynej, która niegdyś miała być jego i która być może znów będzie...
           Powieść napisana w 1925 r. świetnie, wg mnie, oddaje ducha tamtych czasów (przynajmniej tego stereotypowego). Jak tylko otworzyłam książkę, przeniosłam się w świat lat 20. ubiegłego wieku - nowojorskie wille z wielkim holem i ze schodami o drewnianych, zdobionych balustradach, panowie w garniturach i kapeluszach, albo panowie w białych koszulkach polo na jachtach, albo panowie palący cygara w zadymionych lokalach omawiający nie do końca jasne interesy, piękne auta, które dziś nazwalibyśmy oldmobilami (a które uwielbiam), wielkie imprezy w rezydencjach z lejącym się szampanem i orkiestrą grającą jazz. Żadne z owych przyjęć nie dorównywało przepychowi uroczystości w rezydencji Jay'a Gatsby’ego, na których bywali wszyscy liczący się na salonach. 
            Tytułowy Gatsby to postać tragiczna. Mógł osiągnąć naprawdę wiele, mógł być doskonałym przykładem "self-made man'a" (własną pracą i sprytem dorobił się bogactwa i pozycji społecznej), ale całe swoje życie od pewnego momentu podporządkował miłości do kobiety - do Daisy, która była doskonałym wytworem swojego środowiska i czasów. Gdy w końcu ją spotyka, jego marzenia... właśnie, jego marzenia... Czy kobieta sprzed lat okaże się dalej tą samą sympatyczną dziewczyną? Czy wszystko ułoży się po jego myśli? Czy raczej wszystko rozbije się jak auto uderzające w mur?

"Postępowanie człowieka może wynikać z zasad twardych jak skała albo niepewnych jak grzęzawisko."
 
           Narrator w tej powieści jest niezmiernie ważny, nawet ważniejszy od głównego, tytułowego bohatera. Wszystkie poczynania Gatsby'ego obserwujemy z punktu widzenia jego sąsiada (i jedynego bliskiego mu człowieka), Nicka Carraway'a, który jest chyba jedyną pozytywną postacią w tej książce, tzw. "porządnym człowiekiem". Wiemy o nim jeszcze mniej inż o Gatsby'm. Tego lata, gdy przybył na Long Island, gdy został wplątany w losy Gatsby'ego, Nick poznał znaczenie słów: materializm, cudzołóstwo i morderstwo. Ambitny, mało doświadczony życiowo młodzieniec poznaje, co oznacza życie w wielkim mieście i obracanie się w pewnych kręgach. Mimo to do końca trwa przy swym sąsiedzie... "Nauczmy się okazywać przyjaźń człowiekowi, kiedy żyje, a nie, kiedy już umrze."

"Poczucie fundamentalnych zasad przyzwoitości nie wszystkim przy urodzeniu jest równo dane."
 
          Jedną z ciekawszych postaci powieści, choć drugoplanową, wydaje mi się mąż Daisy, Tom Buchanan. Pisarz w tym bohaterze pokazał chyba wszystkie wady i zakłamania "wyższych sfer" Ameryki po Wielkiej Wojnie (I woja światowa). Tom uwielbia swoje wygodne życie, w którym robi to, na co ma ochotę. Ale gdy ktoś chce naruszyć jego terytorium, staje się bezwzględny i prymitywny. Nie da odebrać sobie swojego wygodnego życia i nie ma żadnych skrupułów, by zachować pozory.
          Apogeum historii, jak w każdej wielkiej powieści, musi wstrząsnąć czytelnikiem. Dziś może nie jest to historia tak dramatyczna, jak niegdyś, może trąci nieco powszedniością, jednak i tak daje do myślenia. Po tej powieści idealnie widać, iż "pieniądze szczęścia nie dają". Mimo tego, że Gatsby był niesamowicie bogaty i mógł mieć niemal wszystko, to wcale nie był z tym szczęśliwy. Mimo bogactwa, Tom i Daisy nie mogą znaleźć swojego miejsca na świecie, Tom ucieka w ramiona innej, a Daisy bawi się z przyjaciółką na przyjęciach. Można być miliarderem, jednak bez miłości i bliskich osób nigdy tak naprawdę nie jest to idealne życie, gdyż za pieniądze nie kupimy tego, co jest najważniejsze. Wydaje mi się, że między innymi dlatego ta książka jest ponadczasowa. Zawsze znajdą się osoby, które będą cenić pieniądze bardziej niż relacje międzyludzkie, więc "Wielki Gatsby" będzie ciągle lekturą traktującą o realnych problemach.
             W książce można znaleźć wiele ukrytych symboli. Przeciwstawione są sobie East Egg i West Egg (dzielnice Nowego Jorku) oraz wschodnie i zachodnie stany Ameryki. Te pierwsze (wschodnie stany i East Egg) są złe, symbolizują nieuczciwe interesy, kult pieniądza, zepsucie, wyścig szczurów, podczas gdy zachód jest tradycyjny, porządny. Inne symbole to dolina popiołów, oczy doktora T.J.Eckleburga, pan Sowie Oczy, samochody, czy też zielone światełko na końcu pomostu w posiadłości Daisy, które można chyba odczytać jako marzenie (podążanie w tunelu w kierunku światełka).
           "Wielki Gatsby" to bardzo dobra książka, wielowątkowa, wydawałoby się, iż to przede wszystkim historia miłosna, ale wg mnie dużo ważniejsze są wątki relacji międzyludzkich, przyjaźni, przyzwoitości. Książka jest z pewnością warta przeczytania, napisana ładnym językiem, z zajmującą historią, interesującymi bohaterami i atmosferą szalonych lat 20-tych. Żadne słowo, żadna scena, żaden fakt nie jest bez znaczenia. Książka, którą czyta się łatwo i przyjemnie, ale która tylko z pozoru jest lekturą lekką. W Ameryce dzieci w szkołach czytają tę powieść jako obowiązkową lekturę szkolną, a Jay Gatsby pozostaje jednym z najbardziej lubianych bohaterów literackich.

Polecają



sobota, 22 sierpnia 2015

"Zwodniczy punkt" Dan Brown

           Dan Brown do tej pory był mi znany jedynie z powieści o Robercie Langdonie tropiącym m.in. sekrety masonów („Kod Leonarda da Vinci”, „Anioły i demony”, „Zaginiony symbol”, „Inferno”). Tym razem sięgnęłam po jedną z pierwszych jego książek, powieść jeszcze sprzed „ery” Langdona, tematyką zupełnie odbiegającą od wyżej wymienionych. Nie ukrywam, iż lubię pióro Browna. Przede wszystkim dlatego, iż porusza interesujące mnie tematy naukowo-cywilizacyjno-psychologiczne, jak i dlatego że jego książki czyta się niesamowicie szybko i przyjemnie, zupełnie jakby oglądało się wciągający serial. A że ostatnio z lubością nadrabiałam zaległości w oglądaniu jednego z ciekawszych seriali z kategorii political-fiction, „House of Cards”, to poszłam za ciosem i sięgnęłam po „Zwodniczy punkt”, książkę, którą także można zaklasyfikować do tej kategorii.

             W „Zwodniczym punkcie” bohaterką jest piękna Rachel Sexton – analityk wywiadu pracująca dla prezydenta Stanów Zjednoczonych, Zacha Herneya. Kobieta to także córka senatora Sedgewicka Sextona, głównego rywala głowy państwa w wyborach prezydenckich i zdecydowanego przeciwnika NASA – oczka w głowie Herneya. Tuż przed wyborami kobieta, w kompletnej tajemnicy, niespodziewanie zostaje wezwana do prezydenta, który zleca jej misję. Satelita NASA wykrył meteoryt w lodowcu na Arktyce. Powołani niezależni naukowcy potwierdzają, że w obiekcie znajdują się pozaziemskie formy życia. Odkrycie to nie tylko zaszokowałoby społeczeństwo, ale zapewniłoby prezydentowi przewagę w wyborach i zamknęło usta niewygodnemu senatorowi. Do Rachel należy poinformowanie nieufnych pracowników Białego Domu o wydarzeniu, zanim dowiedzą się o nim media i reszta świata. Kobieta na lodowcu poznaje światowej sławy oceanografa, Michaela Tollanda. To, co bohaterowie wspólnie odkrywają w sprawie meteorytu, sprawia, że ich życiu zaczyna zagrażać niebezpieczeństwo...
              Intrygę – jak zawsze u Browna - usnuto doskonale. Powieść pełna jest niespodziewanych zwrotów akcji, nieoczekiwanych zdarzeń i porażających faktów. Choć autor powiela w swoich kolejnych książkach ten sam schemat, to jednak za każdym razem dobrze się go czyta i jest to do wybaczenia (przynajmniej w moim mniemaniu). Książka ta ma wszystkie elementy dobrej, wciągającej powieści kryminalno-popularno-naukowej: niezwykle wartką akcję, wyraziste postaci zarówno ze świata polityki jak i nauki oraz połączenie faktów ze zwykłą fikcją literacką. Akcja prezentowana jest z trzech różnych perspektyw, co jeszcze bardziej wciąga czytelnika. Toczy się ona w plenerach znanych zarówno z pierwszych stron gazet (Biały Dom) jak i z telewizyjnych programów popularno-naukowych oraz w miejscach niedostępnych dla osób postronnych (siedziba NRO). Ponadto akcja rozgrywa się jednocześnie na kilku płaszczyznach: rozgrywki osobiste, zdrady, kłamstwa, romanse, czyli wszystko to, co wplata się w szarość dnia codziennego, z drugiej zaś strony intryga polityczna, a do tego szczypta nauki przyprawiona sowicie wielkim i głośnym odkryciem naukowym. Jest zatem wszystko – wielki świat i własne podwórko, czyli wszystko, co „szarego Kowalskiego” zaintryguje i sprawi, że chciałby to przeżyć osobiście.
             Dan Brown posiada zdolność zaskakiwania czytelnika wieloma nieoczekiwanymi zwrotami akcji, szczególnie pod koniec, gdy zostaje ujawniona osoba stojąca za całą aferą. Muszę przyznać, że odkrycie faktycznego złoczyńcy było dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Sprawiło to, że lektura książki Browna była jeszcze bardziej fascynująca.
          „Zwodniczy Punkt” to powieść inna niż „Kod Leonarda da Vinci”. Nie ma w niej wątku masońskiego, nie jest też nafaszerowana symboliką. Nie brakuje jednak motywu spisku na najwyższych stanowiskach państwowych. Jest intryga, jest akcja, jest wątek miłosny, każdy znajdzie coś dla siebie. W książce można odnaleźć nawiązania do historii współczesnej, do realnych miejsc i osób, które mogłyby być całkiem realne, co sprawia, że czytelnik ma wrażenie, iż historia mogłaby się wydarzyć naprawdę. Polecam każdemu, kto lubi dreszcz emocji.

Polecają

niedziela, 9 sierpnia 2015

"Pani Bovary" Gustave Flaubert


             Sięgnęłam po "Panią Bovary" z ciekawości, z chęci sprawdzenia, co kryje w sobie ta pozycja klasyki literatury światowej. Tym bardziej, że weszła w skład lektur szkolnych w liceach. Za moich czasów nie była nawet lekturą nieobowiązkową. I szczerze mówiąc bardzo mnie zastanawia, jaki jest odbiór tej powieści przez młodzież, jak się im ją czyta? Czy ich nie nuży jak mnie?
Uwaga! O ile zwykle w moich recenzjach starałam się nie zdradzać zbyt wielu szczegółów  fabuły, o tyle w przypadku tej powieści czuję, że jestem do tego zmuszona (choć będę to robić ostrożnie), by odpowiednio oddać jej klimat i moje odczucia po lekturze dzieła Flauberta. Jeśli ktoś nie chce wiedzieć zbyt wiele, niech nie czyta reszty moich przemyśleń ;)

              Główną bohaterkę powieści poznajemy w niemal sielankowej scenerii francuskiej wsi. Emma, wychowywana w klasztorze córka średniozamożnego gospodarza, wychodzi za mąż za pana Bovary, lekarza z miasta. Marzy o życiu, jakie zna z kiepskich romansów, którymi zaczytywała się w czasach szkolnych. Chce być nieustannie adorowana, stroić się, chodzić na bale, przyjęcia, do teatru, zapraszać gości do siebie i obracać się w wytwornym towarzystwie. Nie umie realistycznie ocenić swojej pozycji społecznej, szasta pieniędzmi, przez co jej mąż musi więcej czasu spędzać w pracy. Trochę z nudów, trochę z chęci zakosztowania losów powieściowych heroin, pani Bovary zostaje kochanką. Znowu czuje dreszczyk emocji, znowu jest w centrum uwagi. Zmienia się bardzo - regułą staje się sprzeniewierzanie pieniędzy i majątku męża, ukrywanie przed nim różnych wydatków, lichwiarskie pożyczki, obojętność wobec niego, czułość wobec dziecka na zmianę z totalną obojętnością (wyobrażenia Emmy o sobie jako matce i o swoim dziecku dalekie są od rzeczywistości, więc z tym też się męczy), zacierają się jej jakiekolwiek granice rozsądku, w końcu już nawet nie zależy jej na ukrywaniu związków pozamałżeńskich, dąży do ucieczki od męża, snuje jakieś irracjonalne plany nie widząc, jak bardzo studzą one zapał jej kochanków, którzy nawet od niej uciekają. 
               W moim odczuciu Emma Bovary do złudzenia przypomina stereotypową, rozpieszczoną małolatę, która nie dość, że nie jest w stanie docenić tego, co ma, to ponadto doprowadza kochających ją ludzi do nieszczęścia. Główna bohaterka okazała się narcystyczną kobietą skupioną tylko i wyłącznie na własnych potrzebach, nawet jeśli oznaczało to zaniedbanie córki czy ruinę finansową męża. Emma zdecydowanie nie wzbudziła mojej sympatii, a to zdecydowanie utrudniło mi czerpanie przyjemności z powieści. 
            Z drugiej strony jednak, czy to nie powinno nam czegoś przypominać albo - co ważniejsze - o czymś przypominać? Czy nawet współcześnie nie brak takich osób, które na przekór rozsądkowi ładują się w coś, co jest totalną pomyłką, goniąc za jakąś iluzją wielkiej miłości? Czy mało takich osób, które swoje związki oceniają jako nudne, nieudane, gdyż marzą o czymś innym (nie bardzo wiedząc, o czym), nie doceniają tego, co mają? Flaubertowi udało się dobrze opisać ten stan umysłu i serca, choć może nieco wyolbrzymiając. Emma jest kobietą niezwykle emocjonalną, przepełnioną potrzebami, których nikt w jej otoczeniu nie rozumie, z bólem serca porzucającą zasady, gdy rzuca się w wir poszukiwania spełnienia. Ciekawe, jak by sobie poradziła w naszych czasach - czy otwarcie by odeszła i potem rozczarowana szukała nowego związku i złudzeń czy faszerowałaby się prochami i alkoholem po to, by jakoś zapomnieć i zdusić poczucie nieszczęścia. Taki stan ducha nazwano bowaryzmem od nazwiska bohaterki. To stan wiecznego niezadowolenia z tego, jak wygląda nasze życie. Postaci określane tym terminem są niezwykle emocjonalne i sentymentalne. Nie potrafią znaleźć spełnienia w życiu, jakie wiodą, są wiecznie rozczarowane swą pracą, rodziną, domem. Szczęście daje im jedynie świat fantazji.
           Powieść Flaubert'a, choć napisaną w purytańskich czasach (wydana w 1857 r.), można łatwo przenieść na współczesną płaszczyznę odnajdując wiele podobieństw. Opowieść o "puszczalskiej", która przy pierwszej okazji przyprawia mężowi rogi, przypomina nieco historie opisywane przez "Pudelki" i inne brukowce. Koronki, atłasy, buciki i drogie podarunki dla kochanka brane na kredyt i pod zastaw, to z kolei spełnienie marzeń lekkomyślnych panienek, które gdyby mogły, również szastałyby pieniędzmi w centrach handlowych i butikach, nie zważając na konsekwencje. Marzenie o bywaniu w miejscach, gdzie bawi się elita i przynależność do niej, to nic innego jak mrzonki o zostaniu celebrytką, pozowaniu do zdjęć z kimś znanym i błyszczeniu na ściance z okazji otwarcia sklepu ze stanikami. 
            Powieść Flaubert'a początkowo wywołała skandal swoją nieobyczajnością. Szybko jednak stała się bestsellerem. W dzisiejszych czasach zjawisko opisane przez autora jest zbyt powszechne, by wywołać zarówno zgorszenie jak i pozytywne wrażenie na czytelnikach. Być może po części z tego powodu, a po części z powodu mojej zwyczajnej antypatii do osób pokroju Emmy momentami powieść dłużyła mi się. Co chwilę miałam ochotę wykrzyknąć "Kobieto, ogarnij się! Co ty wyprawiasz?!". Ale ciekawość końca tej historii nie pozwalała mi odłożyć książkę. Jest coś przeraźliwie pierwotnego i mrocznego w naturze ludzkiej, że interesuje nas (a niektórych nawet bawi) upadek człowieka. 
             "Pani Bovary" to książka, która chyba nigdy się nie zestarzeje, bo ludzie zawsze będą mieli wewnętrzne pragnienie bycia kimś ważniejszym, bogatszym i bardziej podziwianym. Jedni potrafią za nim podążać nie pogrążając się przy tym, inni je tłumią, a jeszcze inni, podobnie jak Emma Bovary, lecą za nimi jak ćma do ognia i ponoszą równie tragiczne konsekwencje. Daje do myślenia... I to właśnie, że powieść ta jest tak uniwersalna i dająca do myślenia, to jej wielki plus, który sprawia, że każda kobieta (i nie tylko) powinna ja przeczytać.


Mimo wszystko polecają



niedziela, 26 lipca 2015

"Karol Szalony" Aleksander Dumas

           Lektura "Królowej Margot" Aleksandra Dumas tak mnie wciągnęła, że postanowiłam pozostać w klimatach płaszcza i szpady zagłębiając się w powieść "Karol Szalony". Czy to dzieło Dumasa okazało się równie udane jak "Trzej Muszkieterowie" lub "Królowa Margot"?

             Jednak nie jest to powieść spod charakterystycznego dla Dumasa znaku płaszcza i szpady, bowiem jako że czas zdarzeń to późne średniowiecze, określić można ją mianem „zbroi i kopii”. W ówczesnym świecie zdominowanym przez mężczyzn turnieje rycerskie i bitwy biorą górę nad namiętnościami. Autor przenosi nas w burzliwy okres schyłku XIV i początku XV wieku do Francji czasów Karola VI, zwanego także z powodu choroby Karolem Szalonym. Chorobę króla wykorzystują rywalizujący ze sobą książęta. Francja, bogata i niezależna, za czasów Karola VI popada w konflikty wewnętrzne, wojnę domową, a w konsekwencji anarchię a nawet zależność od Anglii.
          Na tle historycznych wydarzeń mamy opowieść obfitującą w intrygi, spiski, miłosne związki, zdrady, bitwy, zaślubiny, turnieje, wojny. Powieść rozpoczyna barwny opis zaślubin króla Karola VI Walezjusza z Izabelą Bawarską. Opis jest tak drobiazgowy, że bez trudu można wyobrazić sobie wjazd królewskiej pary oraz zaproszonych gości do Paryża. Początek ciekawy, wciągający. Dalej autor opisuje perypetie króla Karola VI, początki jego rządów, stosunki panujące na dworze, miłostki, czyli wszystko to, co lubię. Niestety... część druga mnie zawiodła. Przedstawione są w niej dzieje Karola VI i Francji po tym, jak król nie tyle popadł w stan apatii (z takimi chwilami jego nastroju czytelnik ma do czynienia już w części pierwszej), ale zdecydowanie zapada na chorobę psychiczną i staje się władcą coraz bardziej słabym i nieudolnym. We Francji rozpoczęła się wojna domowa o przejęcie regencji nad Karolem Szalonym. Naprzeciw siebie stanęli bracia królewscy-okrutny Jan bez Trwogi, książe Burgundii i Ludwik, książę Orleanu. Od tego momentu mój entuzjazm do lektury spadł. Akcja z płynnej opowieści zmieniła się w "wyrwane z kontekstu" luźno opowiadane fragmenty z dziejów panowania Karola VI Szalonego, głównie opisy bitew i konfliktów. Samego króla w tych historiach było jak na lekarstwo. Nie ma się jednak czemu dziwić, skoro siedział on głównie zamknięty w jednym z swych zamków, samotny, opuszczony, niekiedy pojawiając się na arenie wydarzeń politycznych w chwilach lepszego stanu zdrowia. 
             Zawiodłam się jeszcze z jednego powodu. Powieść jest zaliczana do kategorii historycznych, niestety wiele faktów jest przeinaczonych. Nie wiem, czy to działanie umyślne autora, czy brak dostępu do źródeł historycznych, co wydaje się dziwne zważywszy, że mowa jest o rodzinie królewskiej. Nie zgadzają się np. koneksje rodzinne czy czas narodzin dzieci króla, jak choćby Małgorzaty, nieślubnej córki. W powieści Małgorzata umiera jako małe dziecko, w rzeczywistości dorasta wieku dojrzałego, wychodzi za mąż. Może się czepiam, może jestem byt skrupulatna sprawdzając wszystko w internecie, po prostu interesuję się historią, sprawdzałam co po niektóre fakty i zauważyłam, że realia książkowe nie odpowiadają faktom historycznym.
         Powieści "Karol Szalony" nie poleciłabym historykom z wyżej wymienionych powodów. Jednak z przeczytanych w internecie recenzji wynika, że wielu osobom książka przypadła do gustu. Mi niestety nie. Ale trzeba ją przeczytać, by się przekonać.
Nie polecają

sobota, 11 lipca 2015

"Królowa Margot" Aleksander Dumas

              Powodów przeczytania tej powieści było kilka. Po pierwsze szalenie podobali mi się "Trzej Muszkieterowie" pióra Dumas (ojca), po drugie bardzo lubię literaturę klasyczną, po trzecie lubię powieści historyczne, po czwarte dwie główne bohaterki to kobiety charyzmatyczne (a takie lubię), po piąte książka ta akurat stała na półce u przyjaciółki;) 

             Fabuła, jak to w powieściach płaszcza i szpady bywa, toczy się wartko, pełna jest intryg, zasadzek, forteli, uwięzień, spisków, cudownych uwolnień, częstych zwrotów akcji i oczywiście miłosnych wątków. A to wszystko dzieje się w XVI-wiecznym Paryżu, najczęściej w Luwrze. Akcja rozpoczyna się w Paryżu (co dla mnie stanowi dodatkowy wabik po ostatniej mojej i Mojego K. bytności w tym mieście - klik), w sierpniową noc, zwaną przez jednych Nocą św. Bartłomieja, a przez innych Rzezią hugenotów. Kilka dni wcześniej miały miejsce zaślubiny Henryka IV Burbona z Nawarry z córką Katarzyny Medycejskiej, księżną Małgorzatą de Valois. Paryż pełen jest gości weselnych, którzy na tak wspaniałą uroczystość licznie przybyli. Zwłaszcza wielu jest hugenotów szczęśliwych z powodu zakończenia długich sporów religijnych pomiędzy katolikami i hugenotami poprzez małżeństwo katolickiej, francuskiej księżniczki z hugenockim następcą tronu z Nawarry. Tymczasem okazuje się, iż małżeństwo było jedynie pretekstem do ściągnięcia hugenotów do Paryża, aby tutaj ich bestialsko zgładzić. Podczas jednej nocy zginęło około trzech tysięcy osób. Wśród przybyłych gości znajdują się dwaj młodzieńcy: hrabia Józef Bonifacy de Lerac de La Mole (hugenot) i hrabia Marc-Annibal de Coconnas (katolik). Początkowi wrogowie po jakimś czasie stają się najlepszymi przyjaciółmi. Połączy ich brawura, męstwo i miłość do dwóch zaprzyjaźnionych kobiet. Od tej pory stają się nierozłączni, działają ramię w ramię i można rzec „dwóch za jednego, jeden za dwóch”. Chcąc nie chcąc, zostają wplątani w świat dworskich intryg, walki o pozycję, o tron oraz o... życie.
            Co mi się podobało w tej powieści, to przekrój wielorakich charakterów postaci. Bohaterowie wahają się od tych spokojnych po porywistych czy noszących maski. Od dzielnych, uwodzicielsko-szarmanckich szlachciców - panów de La Mole i Coconnas, przez przebiegłych i brutalnych podwładnych króla Karola IX, po czarujące intrygantki - żony, matki i kochanki. Moją ulubioną postacią stała się jedna z mocniej nakreślonych postaci - Katarzyna Medycejska, która swój czas spożytkowuje głównie na rozmyślaniach o tym, jak pozbyć się męża jej córki jak i innych wrogo nastawionych osób. Nie obce są jej zwłaszcza doświadczenia z truciznami (raz zatruje rękawiczki, innym razem pomadka do ust, a jeszcze innym arszenikiem poskleja strony książki). Kiedy trzeba, nie wzbroni się od uruchomienia pułapki–zapadni, aby pozbyć się niewygodnego świadka. Katarzyna Medycejska przedstawiona została jako wyjątkowo okrutna i bezwzględna dama. Nie wiem, czy rzeczywiście taka była, czy to może przejaskrawienie, jednak na pewno była najpotężniejsza i najbardziej wpływową kobietą Europy w swoich czasach. Pewnie nie bez przyczyny...

Portret Margot i jej męża, Henryka IV.
Miniatura z Księgi Godzin Katarzyny Medycejskiej

            Tytułowa królowa Margot była godną córką swojej matki, choć nie tak brutalną, ale intrygi pleść potrafiła. Przez historię zapamiętana jednak została głównie jako niemoralna królowa, bohaterka wielu romansów. Nie dziwota, uchodziła za piękność, za króla Nawarry wyszła nie z miłości, a z powodów politycznych. Jej brat, król Francji Karol IX, przedstawiony jako nieco chwiejnego charakteru, ale w gruncie rzeczy szlachetny i sprawiedliwy król (gdyby nie ta rzeź hugenotów) nie odznaczał się niczym szczególnym. Ani z niego wielki monarcha, ani dzielny rycerz. Często poddaje się woli matki, Katarzyny Medycejskiej.
           Mam wrażenie, iż na tym dworze nie przeżyłabym ani godziny. Aby utrzymać się przy życiu, należy mieć się stale na baczności i nikomu nie zdradzać swoich sekretów i planów. Dla zdobycia korony każdy z pretendentów gotów jest zrobić bardzo wiele. Ducha stanu rzeczy na dworze królewskim oddaje dialog między królem Karolem IX a jego siostrą (i królową Nawarry jednocześnie), Margot (po tym jak Margot wykradła głowę swego kochanka):


​— Uważaj, na ręku masz krwawą plamę.
— Nic nie szkodzi, Najjaśniejszy Panie — odpowiedziała Małgorzata — byleby tylko na ustach był uśmiech. 


          W powieści mamy też wątek polski (sprawa elekcji króla Henryka II Walezjusza, który po krótkim panowaniu czmychnął do Francji, aby objąć tron po Karolu IX). Co mnie zaskoczyło, to pochlebne zdanie Dumasa o narodzie polskim jako o jednym z największych i najdzielniejszych w Europie w owych czasach.
            Niestety prawdy historycznej tutaj niewiele, ku mojemu ubolewaniu, choć są zarówno historyczne postacie, jak i zdarzenia, jest też prawdziwa rywalizacja o władzę, konszachty, morderstwa, jest i klimat tamtych czasów. To świetna książka z gatunku XVI-wiecznej "political fiction" wg Dumasa. Jak to w powieści płaszcza i szpady bywa, wiele tutaj przesady. Kobiety są najpiękniejsze, młodzieńcy najmężniejsi, stroje najwspanialsze, a królowa–matka jest najokrutniejszą ze wszystkim. Dziwnym trafem prawie zawsze dzielnym bohaterom udaje się ją przechytrzyć i okrutna Katarzyna wychodzi na nieudolną.
             Książkę czyta się bardzo dobrze, szybko i z dużą przyjemnością. Przyjemnie było na chwilkę przenieść się w okolice katedry Notre Dame, poszwendać po Luwrze (gdzie można przez pomyłkę wpaść do sypialni króla lub królowej) czy poczuć ciarki grozy ponownie uczestnicząc w egzekucji na placu de Greve. Śmiałam się z Panem de Coconnas, wzdychałam z La Molem, płakałam z Margot i spiskowałam z Katarzyną. Nie dość, że "Królową Margot" czyta się w zawrotnym tempie, to jeszcze ma się okazję, by próbować "prześcignąć narratora" w odkrywaniu tajemnic Luwru. 

Polecają