Islandia urzekła nas nie tylko wspaniałą przyrodą, ale i smakiem
owoców morza. Islandczycy zjadają najwięcej ryb w przeliczeniu na mieszkańca.
Leciałam tam zatem bardzo nastawiona na zakosztowanie lokalnych specjałów,
takich jak stek z wieloryba, maskonur (taki ptak, nieoficjalny symbol
Islandii), homary itp.
Choć żywiliśmy się głównie
daniami gotowymi (tylko do podgrzania), to raz w pewną piękną noc przygotowałam
kolację, na której królowały przegrzebki smażone na maśle. Bardzo lubię te
mięczaki za ich delikatne mięso, więc gdy zobaczyłam je w jednym z marketów,
prawie pisnęłam z radości. U nas, w Polsce, ciężko je dostać. Na Islandii
leżała ich w zamrażarce cała sterta, popakowane w mniejsze i większe opakowania.
Wystarczyło poszukać jeszcze masła i mieliśmy wyborną kolację, której nigdy nie
zapomnę. Po pierwsze ze względu na pyszne przegrzebki, a po drugie na miejsce
ich przygotowania - na świeżym powietrzu, pod rozgwieżdżonym niebem, na tle
którego tańczyła przecudna zorza. Doprawdy niezapomniane, wyjątkowe wrażenie
"once in a lifetime":)
| Gotuję pod zorzą... magical! :) |

