poniedziałek, 28 maja 2018

Od Las Vegas do Monument Valley - USA cz. 2

             Od naszego powrotu z USA minął ponad miesiąc, ale wspomnienia są wciąż żywe. Jest co wspominać. W poprzedniej części opisałam 3 super dni w Nowym Jorku. Stamtąd zrobiliśmy przeskok na zachodnie wybrzeże zahaczając o Florydę. Zachód to mnogość parków krajobrazowych i trzy wielkie miasta: Las Vegas, Los Angeles i San Francisco. Dziś pierwsza część relacji z "dzikiego" zachodu.



Nowy Jork żegnał nas w śniegu i chłodzie. Natomiast pierwsze co poczuliśmy po opuszczeniu budynku lotniska w Orlando, to lepkie i gorące powietrze Florydy. A była północ! Jaka cudowna odmiana dla zimowej w tym czasie Europy - wilgotne powietrze pachnące kwiatami i oceanem. Wokół palmy i mnóstwo soczysto-zielonej roślinności.
Mała anegdotka na temat amerykańskiej mentalności. Na lotnisku mieliśmy odebrać zarezerwowany zawczasu samochód, Fiata 500. Miał nam służyć raptem 2 dni, więc nie potrzebowaliśmy niczego znacznego. Na miejscu okazało się, iż zamówione auto nie jest dostępne. Jakież było nasze zdziwienie, gdy się dowiedzieliśmy, iż w zamian możemy mieć... pick-up'a lub, jeśli koniecznie chcemy coś małego (z amerykańskiego punktu widzenia), Forda Mustanga GT 460 KM cabrio. I to w cenie małego Fiacika 500 ;) Oczywiście wzięliśmy Mustanga. Cudowna maszyna! Nowa miłość Mojego K.;)



Następnego dnia od rana pomknęliśmy naszym auteczkiem (słuchając pięknego pomruku jego silnika) do Kennedy Space Center na Przylądku Canaveral, czyli centrum wystawienniczo-rozrywkowe NASA. To od zawsze było marzenie Mojego K., by się tu znaleźć. Te wszystkie rakiety, promy kosmiczne, lądowniki... Większość prawdziwe, wycofane z misji. Widać było na nich osmolenia i uszkodzenia spowodowane ich użytkowaniem. Trzeba przyznać, że Amerykanie wiedzą, jak to zaprezentować, by robiło wrażenie zarówno na dorosłych jak i na dzieciach. Szczerze mówiąc, myślałam, że KSC będzie miało nieco bardziej poważny, naukowy charakter. Zrobiono z tego "kosmiczny lunapark dla dorosłych". Nie brakowało oczywiście poważnych, naukowych treści, ale w wielu przypadkach zostały one "opakowane" w lekką, łatwo przyswajalną otoczkę dźwięków, obrazów i wizualizacji. 
Koszt wstępu: 50 USD/os.


Po nocnym locie trafiliśmy do Las Vegas, gdzie wynajętym autem (tym razem 4x4) ruszyliśmy w trasę po zachodnim wybrzeżu, szeroko pojętym. 
Pierwszy przystanek: Zapora Hoovera, betonowy gigant na rzece Kolorado. Efektem powstania zapory jest jezioro Mead, które ma powierzchnię ok. 640 kilometrów kwadratowych i mieści około 35 mld metrów sześciennych wody. Jest to ilość wystarczająca, by pokryć całą Polskę warstwą wody o grubości ponad 10 centymetrów. Spiętrzona woda zasila hydroelektrownię, która zapewnia elektryczność dla około 2 mln gospodarstw domowych.
Jadąc z Las Vegas do Flagstaff (nasz punkt wypadowy na Wielki Kanion) za miastem Kingman można wskoczyć na sławną Route 66 (droga biegnąca przez Peach Springs, na północ od głównej autostrady). Dla jednych to droga jak każda inna, dla nas punkt obowiązkowy jazdy po Arizonie. Chcieliśmy poczuć, choćby na małym odcinku, jak to kiedyś było jechać przez całą Amerykę z Chicago do Los Angeles. Droga wiedzie pośrodku niczego, przez rodzaj stepu, częściowo wzdłuż linii kolejowej. Trasa od miasta Kingman do Flagstaff - jeden z najlepiej zachowany odcinek rout 66 - pełna jest małych miasteczek, które w czasie świetności autostrady wyrastały jak grzyby po deszczu. Dziś nie tętnią życiem jak kiedyś, ale każde pełne jest symboli "sześćdziesiątki szóstki" - przydrożne motele z "66" w nazwie, bary, sklepy z pamiątkami...



Noclegi blisko Wielkiego Kanionu są bardzo drogie. My na naszą bazę noclegową wybraliśmy miasto Flagstaff, oddalone o ok. 130 km od South Rim (Południowa Krawędź), jednego z najpopularniejszych miejsc nad Wielkim Kanionem. Ze względu na dogodny dojazd miasto to jest bardzo popularne wśród turystów.
Cóż tu dużo mówić. Mi słów zabrakło na widok Wielkiego Kanionu. Jego ściany sięgają po horyzont w każdą stronę - w lewo, prawo, w przód. Nic dziwnego. Długość kanionu mierzona nurtem rzeki to 446 km. Najgłębszym rejonem Wielkiego Kanionu jest Granite Gorge (Wąwóz Granitowy), którego dno znajduje się 1857 m poniżej krawędzi kanionu. Jego szerokość waha się od ok. 800 m (pod punktem widokowym Toroweap na North Rim - Północnej Krawędzi) do 29 km w najszerszym miejscu. Jest to największy przełom rzeki na świecie (jednak nie najgłębszy). Ochów! i Achów! w czasie całodziennego spacerowania wzdłuż krawędzi nie było końca. Z początku fotografowaliśmy jak najęci (bo i było co uwieczniać), co 5 m mieliśmy ochotę przystanąć na "małą serię zdjęć". W pewnym momencie musieliśmy wykazywać się naprawdę silną siłą woli, by nie wyciągać aparatu;)  Na South Rim jest wiele pięknych punktów widokowych oraz szlaków pieszych zarówno wzdłuż kanionu jak na dół. My przeszliśmy się wzdłuż South Kaibab Trail. Cudnie było! Niech zatem obrazy przemówią.
Uwagi praktyczne: cena biletu wstępu 30 USD/auto (nie od osoby). Jeśli ma się w planach zwiedzanie większej ilości parków narodowych, rdzę zakupić roczną kartę wstępu  do wszystkich parków narodowych na terenie USA będących pod opieką państwa, w przeciwieństwie do tych będących zarządzanych przez np. Indian. Koszt karty "America the Beautiful" to 80 USD/auto. 


Flagstaff to także świetne miejsce, by wybrać się do pobliskiego miasta Sedona. Mieliśmy chęci, ale nie czas. Miasto otoczone jest wznoszącymi się na ponad 1900 m fantastycznymi formacjami skalnymi, Navajo Red Rocks. Sedona znana jest w całych Stanach ze swego piękna i bogatego życia artystycznego (ponad 100 galerii, międzynarodowy festiwal filmowy itp.). W otaczających miasto górach i kanionach kryją się jedne z najbardziej widowiskowych tras hikingowych w Arizonie, których łączna długość przekracza 1200 mil. Kilka lat temu miasto zostało uznane przez gazetę „USA Today” najpiękniejszym miejscem w Ameryce. Swoje domy letnie mają/mieli  tu gwiazdy, np. Madonna, Johnny Depp. Wyszukajcie w internecie zdjęcia okolic Sedony i jeśli możecie, wybierzcie się tam, a pewnie nie pożałujecie.

Kolejny dzień i kolejny kanion. Zajechaliśmy do miasta Page. Ludzie przyjeżdżają tu zobaczyć dwie rzeczy: Antelope Canyon i Horseshoe Bend. Sławny Antelope Canyon to kanion szczelinowy powstały wskutek wymywania piaskowca przez powodzie błyskawiczne. Słynie z pięknych kolorów ścian - piaskowiec zabarwia się od słońca na żółto, czerwono, złoto, ale wszyscy przybywają tu obserwować spektakularne słupy świetlne, promienie słoneczne padające niemal pionowo w ciemną przestrzeń korytarzy. Na pewno gdzieś kiedyś widzieliście zdjęcie z tego miejsca nawet o tym nie wiedząc. Naszym jednak celem był inny kanion - Waterholes Canyon. Geologicznie jest to ta sama formacja skalna co AC. Jest to jego miniaturka, pozbawiona wprawdzie słupów świetlnych, ale kolorystycznie równie zachwycająca, a do tego ma tę przewagę, iż jest praktycznie pozbawiona turystów. Gdyż trzeba wiedzieć, że w AC są TŁUMY! Jest to bodajże drugi najchętniej odwiedzany kanion w USA. A jest malutki, wąziutki, więc idzie się za przewodnikiem gęsiego wąskim korytarzem, nie można się zatrzymywać, czasu na robienie zdjęć jest mało. Co innego Waterholes Canyon - pusto, luźno, cicho, pięknie. Kolory, ach te kolory! Zdecydowanie dobra decyzja, by zajść tu zamiast do AC. Cenowo też jest to korzystniejsze - bilet do AC to ok. 60-80 USD za jednorazowe wejście w zależności od wybranego przewodnika (wejście tylko w zorganizowanej grupie) i pory dnia (najdroższe są wejścia około obiadu, kiedy są słupy świetlne). Waterholes Canyon to koszt 12 USD, a bilet jest ważny 24 godz., można więc przyjechać kilka razy i oglądać grę świateł o różnej porze dnia.

Uwagi praktyczne: Waterholes Canyon znajduje się na półpustyni, na terenie rezerwatu Indian Navajo. By go zwiedzić, trzeba najpierw wykupić pozwolenie za 12 USD w Navajo Nation LeChee Chapter (teren Lake Powell Navajo Tribal Park). Na miejscu najlepiej zapytać kogoś, gdzie dokładnie jest biuro, gdyż jest nieco schowane. Kanionu z drogi w ogóle nie widać, nie ma tez chyba żadnej tablicy/drogowskazu. Trzeba się rozglądać za bardzo małym (na kilka aut) parkingiem koło wiaduktu. Ścieżka do zejścia do kanionu oznakowana jest ułożonymi kamykami wielkości pięści. Trzeba iść wzdłuż nich, aż się dojdzie do dość stromego zejścia na dno kanionu. Na zdjęciu poniżej widać ścieżkę z ułożonymi kamykami oraz parking w oddali.
P.S. Weźcie dużo wody. Byliśmy tam w kwietniu i wąwozie temperatura sięgała powyżej 30 st.C. Kanion tylko w najdalszej części ma na tyle wysokie ściany, by dawać cień. Przez większość trasy idzie się w słońcu, a w kamiennych ścianach kanionu jest jak w piekarniku.


Zejście do/wyjście z kanionu od strony parkingu
Wracając z Waterholes Canyon zajechaliśmy do drugiej największej atrakcji Page, czyli do Horseshoe Bend, w wolnym tłumaczeniu "Zakręt podkowy". W tym miejscu rzeka Kolorado trafia na twardsze skały. Nie mogąc ich wyżłobić, opłynęła je tworząc spektakularny, ostry zakręt o prawie 270 st. w kształcie podkowy.
Przy szosie stoi jedynie mała tabliczka informująca o znajdującym się tu punkcie widokowym, jednak za sprawą masy aut zaparkowanych nie tylko na niewielkim parkingu, ale i na długości wielu, wielu metrów wzdłuż drogi, będziecie wiedzieć, że to tu. Szlak prowadzący do kanionu jest bardzo krótki (1,2 km) i bardzo łatwy, cały czas idziemy pustynną ścieżką porośnięta gdzieniegdzie kępami trawy. Zbliżając się do rzeki, nic nie wskazuje na to, iż za chwilę zobaczymy kolejny cud natury, na którego zdjęcie kiedyś mogliście się natknąć. Szlak prowadzi tylko do krawędzi kanionu, nie ma żadnej trasy prowadzącej w dół. Należy bardzo uważać, gdyż krawędź kanionu nie jest zabezpieczona żadnymi barierkami, a nieostrożna próba podejścia bardzo blisko urwiska może skończyć się upadkiem z wysokości 305 m!




Następnego dnia dotarliśmy do kresu naszej podróży. Kresu geograficznego. Jadąc z zachodu na wschód  zajechaliśmy w najdalszy na wschodzie punkt naszej podróży - Monument Valley, czyli dolina skalnych monumentów. To piękna kraina niezwykłych formacji skalnych sięgających 200m wysokości wyrastających na zupełnie płaskim terenie. 
Po zakupie biletu przy wjeździe na teren rezerwatu (karta American the Beautiful nie obowiązuje) dostaniecie mapkę do self-guided car tour, czyli trasy którą możecie sami przejechać samochodem. Szutrowa droga prowadzi pomiędzy licznymi monumentami. Droga może momentami być całkiem off-roadowa, więc lepiej mieć auto 4x4. Jeździ się pomiędzy gigantycznymi skałami, które mają swoje nazwy. Popularnym punktem zdjęciowym (i dość spektakularnym) jest John Ford Point – nazwany tak na cześć reżysera wielu westernów nagrywanych w Dolinie Monumentów. Jest tam skała, na której na koniu stał John Wayne. Poniższe ujęcie skały pochodzi z nowszego filmu "Jeździec znikąd" z 2013 roku – również nagrywanego w Dolinie Monumentów. A pod nim nasze zdjęcie tego miejsca. 

źródło

Jest nawet pan z konikiem, na którym za 5 USD można zrobić sobie zdjęcie.



W Monument Valley kręcono nie tylko westerny, ale także np. „Easy Rider”, „Powrót do przyszłości III”, „2001: odyseja kosmiczna” i mój ulubiony „Forest Gump”. Kojarzycie scenę, w której Forest kończy swój wieloletni bieg i zawraca? Zawsze chciałam dotrzeć tam, gdzie on, by zobaczyć ten widok za jego plecami. Był to kolejny powód, by odwiedzić Monument Valley - to miejsce jest kilka kilometrów za MV. Jak wpiszecie w google maps "Forest Gump point", to go znajdziecie. 


źródło 

Uwagi praktyczneDolina Monumentów znajduje się na terenie rezerwatu Indian Navajo, wstęp kosztuje 20 USD za samochód (do 4 osób, każda następna w tym samym samochodzie płaci +6 USD). Nie obowiązuje tutaj roczna karta wstępu do parków narodowych America The Beautiful, bilet należy kupić osobno.
Forest zawrócił, my też zawróciliśmy i pognaliśmy z powrotem na zachód.



Zapraszam do pozostałych części relacji:
Nowy Jork w 3 dni - USA cz.1



USA polecają





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz