czwartek, 29 października 2015

Islandia kulinarnie- owcze głowy, wieloryb i gotowanie pod zorzą

                Islandia urzekła nas nie tylko wspaniałą przyrodą, ale i smakiem owoców morza. Islandczycy zjadają najwięcej ryb w przeliczeniu na mieszkańca. Leciałam tam zatem bardzo nastawiona na zakosztowanie lokalnych specjałów, takich jak stek z wieloryba, maskonur (taki ptak, nieoficjalny symbol Islandii), homary itp.

Choć żywiliśmy się głównie daniami gotowymi (tylko do podgrzania), to raz w pewną piękną noc przygotowałam kolację, na której królowały przegrzebki smażone na maśle. Bardzo lubię te mięczaki za ich delikatne mięso, więc gdy zobaczyłam je w jednym z marketów, prawie pisnęłam z radości. U nas, w Polsce, ciężko je dostać. Na Islandii leżała ich w zamrażarce cała sterta, popakowane w mniejsze i większe opakowania. Wystarczyło poszukać jeszcze masła i mieliśmy wyborną kolację, której nigdy nie zapomnę. Po pierwsze ze względu na pyszne przegrzebki, a po drugie na miejsce ich przygotowania - na świeżym powietrzu, pod rozgwieżdżonym niebem, na tle którego tańczyła przecudna zorza. Doprawdy niezapomniane, wyjątkowe wrażenie "once in a lifetime":)

Gotuję pod zorzą... magical! :)
Biwakowa wersja eleganckich przegrzebek ;)

Takich smaczków kulinarnych w islandzkich marketach było więcej. Lodówki i zamrażarki pełne były różnorakich ryb i mięczaków. Szkoda, że nie znam islandzkiego, nie wszystkie rozpoznawałam. Najciekawsze i najbardziej niezwykłe okazały się jednak... owcze głowy. To wciąż żywe świadectwo czasów, gdy Islandczycy nie mogli sobie pozwolić na zmarnowanie choćby najmniejszego kawałka mięsa. Taką głowę można kupić nawet w najtańszym markecie.



Innym, niecodziennym przysmakiem jest na Islandii hákarl - rekin. To coś bardzo specyficznego i kontrowersyjnego. Surowe mięso rekina najpierw jest zakopywane w specjalnych skrzyniach w ziemi na kilka miesięcy (przez ten czas m.in. opada ołów z ryby), a potem jest suszone w przewiewnych chatkach na świeżym powietrzu. Niestety nie mieliśmy okazji go spróbować, choć pewnie towarzyszyłoby temu podwyższone tętno;) Jego smak opisuje się jako zgniły, cierpko-gorzki o bardzo intensywnym, ostrym zapachu. Spożywaniu hákarla koniecznie musi towarzyszyć coś mocniejszego, najlepiej brennivín - islandzka wódka o kminkowym aromacie.

Dużo przyjemniejsze jest zapewne spożywanie maskonura, ptaka-maskotki Islandii. Mój K. nastawiał się na to danie, niestety się nie udało. 

Źródło

Udało się nam natomiast trafić do lokalu, o którym przeczytałam na długo przed wyjazdem i wiedziałam, że jeżeli tylko czas pozwoli, to musimy tam zajść. Sægreifiinn, inaczej Seabaron, to portowy niewielki lokal na kilkanaście miejsc. Zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz nie zwraca na siebie uwagi, siedzi się na beczkach rybackich wyłożonych spękanymi poduchami przy długich stołach z lakierowanego kawałka drzewa. Nie ma menu, z witryny chłodniczej wybiera się, co ma się ochotę zjeść. Mimo to lokal jest stale pełen, latem czeka się w długiej kolejce. Miejsce stało się słynne na cały świat za sprawą podawanej tu lobster soup, czyli zupy z homara, która okazała się RE-WE-LA-CYJ-NA!!! Oniemiałam z zachwytu! Nawet New York Times już w 2006 r. pisał: "The concoction, called humarsupa, is straightforward, traditional, glaringly honest, delicious and the first thing you should eat when you arrive in town." (źródło). Również nasz rodzimy Makłowicz zachwycał się tą zupą.
Koszt ok. 40 PLN

Łyżka pełna mięsa homara. Zupę podaje się z bagietką i masłem
Zupa z homara przyćmiła to, po co przyszliśmy do Seabarona, mianowicie wieloryba. Miałam pewne wyrzuty sumienia w związku ze zjedzeniem wieloryba, ale... za bardzo lubię próbować nowych, niecodziennych smaków, by sobie tego odmówić. Tym bardziej, że tego morskiego ssaka można spróbować bodajże w zaledwie trzech krajach na świecie (Islandia, Norwegia, Japonia). Mięso wieloryba w stanie surowym jest krwisto czerwone, wygląda zupełnie jak wołowy stek z polędwicy. Po usmażeniu był lekko soczysty, mięso było zbite i twardawe. Co nas jednak najbardziej zaskoczyło, to jego zapach - pachniał... usmażoną wątróbką! Dziwne mięso, niby ryba, choć tak naprawdę ssak. Gdybym nie wiedziała, pomyślałabym, że to kiepsko przyrządzony stek. Smaczny. Zupełnie inny niż się spodziewałam, nie czuć go było rybą ani oceanem. 
Koszt ok. 60 PLN.

Porządna porcja wieloryba
Sam lokal z zewnątrz niczym się nie wyróżnia. Ale naprawdę warto do niego wejść. Kawa i woda gratis. Islandczycy to kawosze. Widziałam nawet przed jednym z marketów wystawiony wielki termos z pompką pełen kawy, którą można się było za darmo raczyć. Kubeczki też oczywiście były;)

Seabaron z zewnątrz
Witryna chłodnicza u Seabarona. Wieloryb, szaszłyki z przegrzebek, dorsza, łososia i innych ryb, których nie znałam

Na zakończenie coś nie-mięsnego. Skyr. Bardzo go polubiliśmy i Islandczycy chyba też za nim przepadają, gdyż jest go mnogo na sklepowych półkach, w wielu smakach. Skyr przypomina w smaku jogurt, ma konsystencję bardzo gęstej śmietany albo serka homogenizowanego. Osobiście najbardziej zasmakował mi skyr jagodowy i gruszkowy. Zajadałam go z herbatnikami, ale nie takimi jak nasze, cienkimi, lecz islandzkimi grubaśnymi herbatnikami 3-4 razy grubszymi niż nasze. Idealne drugie śniadanie:)
Źródło

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz